Bardzo późnym latem lub wczesną jesienią – w zależności kto opowiada i jak na to patrzy, zameldowaliśmy się w Kozim Grodzie w Pomlewie – niewielkiej wsi, znajdującej się około 30 kilometrów / 30 minut od Gdańska. Przygoda z tym miejscem należała do krótszych, bo był to zaledwie jeden nocleg w czasie naszej podróży na zachód Polski.

Od początku.

Dojazd, jak w większości obiektów położonych poza aglomeracjami bazował w zdecydowanej mierze na wypatrywaniu przydrożnych znaków i ufnym kierowaniu się wskazówkami GPS. Po wyczekiwanym „dotarłeś do celu” naszym oczom ukazuje się ogrodzona i osłoniona drzewami posiadłość, na której ukryty jest główny budynek hotelowy i kilka innych nieruchomości, które także należą do Koziego Grodu.

Z racji terminu jaki wybraliśmy, parking był prawie pusty, a i na korytarzach hotelowych nie spotkaliśmy innych Gości. To drugie mogło być spowodowane także ciekawą architekturą wnętrza budynku, gdzie pokoje hotelowe są rozrzucone po całym piętrze i oddzielają je korytarze, pomieszczenia obsługi, biura i schody ulokowane w centralnej części piętra.

Co do samego pokoju, to na pierwszy rzut oka czysto i przytulnie, chociaż wyposażenie może nieco nadszarpnięte zębem czasu. Zaglądając w zakamarki można by przyczepić się do kurzu w otworach wentylacyjnych i na futrynie drzwi – tam Panie pokojowe muszą zdecydowanie zaglądać częściej. Miłym akcentem w pokoju jest natomiast karafka wody z hotelowej studni głębinowej zamiast butelkowanych wód koncernowych.

Spotkanie z gastronomią Koziego Grodu podzielone zostało na dwa akty. Akt pierwszy – kolacja i akt drugi – śniadanie. W obu rozdziałach zachowane zostały elementy tragedii i komedii, dlatego trudno określić, w którą stronę zmierza kulinarna sztuka tego miejsca 😉 To, co zostanie w naszej pamięci na długo, to Pan kelner z porannej zmiany, który będąc głupio-uroczy zażartował, że śniadania nie zostały dla nas przewidziane, a następnie po przyniesieniu ogromnej (!) ilości jedzenia powiedział „nie wyjdziecie, dopóki nie zjecie”. Ja rozumiem, że starzy nie jesteśmy i Pan pewnie był z okolic naszego rocznika, ale przechodzenie na „ty” w kontaktach z Gościem/klientem czterogwiazdkowego hotelu, to chyba tak trochę nie wypada? No chyba, że to ze mną jest coś nie tak… Wisienką na torcie był monolog Pana kelnera pod tytułem „Jestem wspaniałym człowiekiem bo…”, którym uraczył nas kiedy wychodziliśmy z restauracji. To tak w kwestii tej tragedii z komedią wspomnianej wcześniej. Smakowo jest tam bardzo różnie i bardzo nierówno: jedne dania są smaczne i warte polecenia, przy innych natomiast (za przykład posłużyć mogą pierogi z dziczyzny) szukaliśmy tego, co nam nie pasuje, bo ewidentnie coś było nie tak. Jedynym, absolutnie niewybaczalnym błędem są frytki z wyglądu i smaku odsmażane po raz drugi.

Niekwestionowanym atutem jest położenie hotelu. Czy to spacer, kawa na balkonie czy kolacja na tarasie restauracji – wszędzie towarzyszy nam szum drzew i przyjemna cisza (no chyba, że sąsiedzi są akurat bardzo głośni). Tuż obok restauracji znajduje się przepiękne oczko wodne (widać je często na zdjęciach promocyjnych obiektu), a dalej rozciąga się zielona, zadbana przestrzeń ogrodu hotelowego – idealne miejsce na letni wypoczynek w słońcu, poranne spacery czy lepienie bałwana zimą. Do spacerów poza terenem obiektu zachęcają tabliczki kierunkowe z odległościami. Skuszeni wizją dłuższej, pieszej wycieczki wybraliśmy kierunek Jezioro Przywidzkie (według informacji zamieszczonej na znaku 1,7km). Po czterdziestu minutach marszu lasem niestety nie było nawet widać zarysu jeziora, więc postanowiliśmy zawrócić bo już zaczęło się ściemniać.

Hotel dysponuje też zapleczem SPA i basenem, ale z racji krótkiego pobytu nie dane nam było wypróbować tej części oferty.

Hotel odwiedziliśmy na przełomie sierpnia i września 2019 roku.